„DZIENNIK POSZUKIWACZA PASJI – WĘDRUJĄCA OPOWIEŚĆ”

  • by
Na zdjęciu żółto-biały plakat. W lewym górnym rogu rybka, niżej po prawej stronie również. Po lewej stronie rzeka, po prawej leżak z parasolem. Książnica Beskidzka zaprasza na konkurs plastyczny "Znajdź swoją pasję" na uczestników czekają atrakcyjne nagrody. Wykonaj ilustrację do "Dziennika poszukiwacza pasji - wędrująca opowieść" lub zaprezentuj swoją pasję! Na zdjęcia prac czekamy do 21 sierpnia (dzieci.ksiaznica@gmail.com). Więcej informacji Dział Udostępniania Zbiorów dla Dzieci i Młodzieży 33 822 82 21 wew. 246. W lewym dolnym rogu logo Bielsko-Biała. Program Wakacje w bibliotece realizowany jest dzięki wsparciu finansowanemu przez Urząd Miasta Bielska-Białej. Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

22.06.2020 r.

No tak. Mamy lato. Wakacje. I co z tego? Wczoraj mama zapytała o moje wakacyjne plany. Wiadomo, że w drugiej połowie sierpnia zawsze gdzieś wszyscy razem wyjeżdżamy. Ale co robić do tego czasu? Już od dawna się nad tym zastanawiam, bo chcę, żeby te wakacje wprowadziły coś nowego do mojego życia. Nie dopuszczę, żeby nuda zepsuła mi najfajniejszy okres w moim życiu (tak przynajmniej uważają rodzice). Już wcześniej pytałem znajomych, jak oni spędzają czas. Wszystko zaczęło się od wypracowania z języka polskiego. Pani Gałązka wymyśliła, że skoro nasze zajęcia odbywają się online, to każdy z nas ma napisać wypracowanie na temat swojego hobby oraz zaprezentować je całej klasie. Wysoka ocena za to zadanie miała podnosić ocenę końcową z polskiego nawet o jeden stopień, tak że było o co walczyć. Najpierw pani Gałązka jak zwykle wyjaśniła nam definicję hobby. Etymologia (czyli pochodzenie! – powtarza tę nazwę na każdej lekcji, żebyśmy pamiętali) słów to pewnie jej konik. Rozwodziła się też nad wyższością pasji nad hobby. Zawsze myślałem, że to to samo, a okazało się, że pasja jest… zdecydowanie czymś więcej. Hobby można często zmieniać a pasja zarządza naszym czasem, myślami i sercem. Maciek Pędziwiatr uwielbia biegać – napisał o historii maratonu i o biegach odbywających się wszędzie, nawet zaproponował mi udział w takim biegu i oczywiście pokazał zdobyte już dyplomy i medale. Ma już niezłą kolekcję. Karolina zaprezentowała historię Japonii, sztuki walki (chodzi na warsztaty) i na dodatek pokazała, jak uczy się japońskiego przez Internet. Powiedziała też, że dzięki temu przyzwyczaiła się do takiego kontaktu z nauczycielem i polubiła zajęcia online. Filip od razu opowiedział o Brazylii i capoeirze. A Maciek przedstawił historię narciarstwa. Okazało się, że uprawia skoki narciarskie od piątego roku życia.Pokazał swój kostium i nawet fajnie opowiadał o zależności długości skoku od stroju. Justyna, zwolenniczka zdrowego trybu życia, zachęcała nas do dbania o kondycję. Zaprezentowała: układ ćwiczeń, odpowiednią dietę  i  swojego zdrowego bloga, który pisze już od dwóch lat! Uważa, że to jej pasja, a nie hobby. Dziewczyny były wniebowzięte i bez polecenia nauczycielki robiły notatki. Wszystkich ogarnęło jakieś hobbystyczne szaleństwo.  Okazało się, że zwykłe planszówki czy gry komputerowe mogą być czyjąś pasją. Myślałem, że Mikołaj marnuje czas poświęcając go na gry komputerowe. A on testuje gry strategiczne i pisze ich recenzje. Przez trzy miesiące słuchałem i oglądałem. Pani Gałązka nie byłaby sobą, gdyby nie zrobiła odpowiedniego podsumowania. Wynikało z niego, że prawie każdy z mojej klasy (w tym ja) ma swoje zainteresowania i hobby. Ale tylko nieliczni mają pasję. Czyli coś, czemu chcieliby się poświęcić bez względu na przeszkody i trudności, „coś” co mają głęboko w sercu, bez czego nie wyobrażają sobie życia. Dla tego „cosia” poświęcają każdą wolną chwilę, wstają codziennie o 5 rano, żeby ćwiczyć, biegać, pisać, nagrywać filmiki, robić zdjęcia. Początkowo wydawało mi się to totalnym absurdem. Postanowiłem jednak, że te wakacje poświęcę na poszukiwanie „swojego konika”, który może w przyszłości okaże się i moją pasją.

26.06.2020 r.

Dzisiaj w końcu upragnione wakacje! Nie powinienem się chwalić, ale otrzymałem świadectwo z czerwonym paskiem. U pani Gałązki wywalczyłem ocenę celującą. Nauczycielce bardzo spodobało się moje wypracowanie, w którym dowodziłem wyższości pasji nad hobby. Niestety wciąż czekało mnie trudne zadanie odnalezienia swojej własnej. Postanowiłem nie marnować czasu i już pierwszego dnia wakacji przystąpiłem do dzieła. Odkąd pamiętam, słucham zespołów rockowych i zawsze marzyłem, żeby zostać perkusistą, więc teraz przyszedł na to czas! Prosto ze szkoły pojechałem do mojego kuzyna – zapalonego perkusisty, u którego w piwnicy zalegał stary, nieużywany instrument. Kuzyn był zdziwiony prośbą, ponieważ zawsze uważał, że słoń nadepnął mi na ucho. Zgodził się jednak pożyczyć mi perkusję, a nawet przywiózł mi ją do mieszkania i udzielił pierwszej lekcji. Nie wiem dlaczego, ale powiedział, że na drugą już nie mam co u niego liczyć. Tym sposobem zostałem samoukiem. Pozostawał jeszcze jeden szczegół. Nie powiedziałem o swojej nowej „pasji” rodzicom. Gdy wrócili do domu, zaniemówili z wrażenia. Moja mama, wielka pasjonatka rocka, powiedziała, że będzie się uczyć razem ze mną. Natomiast tata… nie był zadowolony z tego pomysłu i martwił się, jak zareagują sąsiedzi, ale ostatecznie dał się przekonać. I tak zaczęło się odkrywanie mojego nowego zainteresowania. Od razu zacząłem szukać filmików na YouTube dotyczących nauki gry na perkusji oraz fragmentów koncertów z moimi idolami. Po teorii przeszedłem do praktyki. Okazało się, że to co na filmikach wyglądało prosto, jest trochę bardziej skomplikowane. Ale nie zrażałem się i ćwiczyłem dalej.  Po kilku godzinach ćwiczeń do drzwi mojego pokoju zapukała mama. Po jej minie zrozumiałem, że coś się święci… Podejrzenia taty okazały się słuszne. Niestety, moja gra nie spodobała się sąsiadom. Nie rozumiałem o co chodzi, przecież dopiero zaczynałem się uczyć! Wiadomo, że rozwijanie swojej pasji wymaga czasu i poświęceń. Mama kazała mi zdjąć słuchawki, usiadła przy perkusji i zaczęła walić w bębny, tak jak ja. Wtedy zrozumiałem, że mam trzy wyjścia: znaleźć inne miejsce na ćwiczenia, inny instrument albo nową pasję. Coraz bardziej skłaniałem się do trzeciej opcji. Gra na instrumencie wymaga jednak czasu, warunków, talentu i samozaparcia. Wiem, że szybko się poddałem, ale słuchając jak gra moja mama uświadomiłem sobie, że brak mi naturalnych predyspozycji. Teraz wiem, że popełniłem błąd kierując się modą. Myślałem, że to może okazać się moją pasją, a okazało się chwilowym zapałem. Zastanawiałem się czego spróbować w następnej kolejności. Inspiracji postanowiłem w pierwszej kolejności poszukać w Internecie. To niesamowite, ile tego było! Różne sporty, malarstwo, muzyka (nie, to już nie wchodzi w grę), książki, gaming i wiele, wiele innych. Było tego tak dużo, że nie wiedziałem, na co się zdecydować. Postanowiłem poradzić się rodziców. Tata, zapalony szachista, zaproponował mi zapisanie się do klubu szachowego na moim osiedlu, ale uznałem, że to jest zbyt nudne. Mama jest z zawodu i zainteresowania fotografką, i chciała mnie w to wkręcić, ale nie byłem przekonany. Poszukiwanie swojej pasji nie było jednak takie proste. Postanowiłem pójść spać. Przecież mam przed sobą całe wakacje! 

02.07.2020 r.

Następnego dnia do taty zadzwonił dziadek Adaś. Dziadek jest zapalonym wędkarzem. Wędkuje odkąd na ryby zabrał go jego tata. Dla dziadka Adasia wędkowanie jest prawdziwą pasją. Spędza nad wodą każdą wolną chwilę w towarzystwie wędek, żyłek, haczyków, spławików i miliona innych rzeczy. Babcia Helenka od początku wspierała pasję dziadka, a nawet podobno czasami jeździła z nim na ryby. W trakcie rozmowy taty z dziadkiem pomyślałem, że ja nigdy nie byłem z nim na rybach, mimo iż dziadek wiele razy proponował mi wspólny wypad. Szybko wyrwałem słuchawkę tacie i krzyknąłem do telefonu:

– Dziadku zabierz mnie na ryby!

Dziadek w pierwszym momencie był zdziwiony ale zaraz potem ucieszył się i powiedział:

– Dobrze. Szykuj się, będę po ciebie o 3 rano.

Mina troszkę mi zrzedła, ale słowo się rzekło. Nastawiłem w telefonie budzik na 2.45 i kiedy zadźwięczał w środku nocy, poczułem jak tracę zapał. Wszak to nieludzka pora na wstawanie. Nad najbliższe jezioro jedzie się 20 minut. Gdy dotarliśmy na miejsce, nadal było ciemno. Dziadek zaczął rozpakowywać sprzęt a ja nie potrafiłem opanować senności. Gdy rozłożyliśmy wędki i zarzuciliśmy haczyk (trochę to trwało, bo żyłka kilka razy mi się poplątała), dziadek zaczął opowiadać mi, że wędkarstwo uczy cierpliwości i pokory, ale dalej już nic nie pamiętam, bo powieki zrobiły mi się ciężkie jak ołów i zasnąłem. Obudziła mnie rozmowa dziadka z innym wędkarzem. Usłyszałem, że dzisiaj ryby „nie biorą”, i że przyjadą tutaj znowu jutro. Ale mnie jakoś całe to wędkowanie z nocnym wstawaniem w ogóle nie przekonało!

06.07.2020

Po średnio udanej przygodzie z wędkowaniem dziadek zabrał mnie do siebie na wieś. Co roku spędzam u babci Heleny i dziadka Adama przynajmniej dwa tygodnie wakacji. Las, jezioro, rower i… Zosia – wesoła, zawsze uśmiechnięta, pełna energii, jednym słowem spoko dziewczyna – wymarzona towarzyszka moich letnich dni. Na wakacje przyjeżdżała do wujka, którego gospodarstwo sąsiaduje z dziadkowym.

Zaraz po przyjeździe skierowałem się w stronę domu pana Wieśka, mając nadzieję, że Zośka też już tam jest. Była. Na podwórku. Ale nie sama! Ona siedziała, a nawet jechała na koniu! Moja kumpelka i jej wielki zwierzak prezentowali się niesamowicie (albo, jakby to powiedziała pani Gałązka – majestatycznie). Wiedziałem, że Zosia interesuje się końmi i potrafi dokładnie określić maść, czyli barwę sierści zwierzęcia, zna również ich rasy. Jednak nie miałem pojęcia, że potrafi także jeździć konno! Rena, bo tak nazywała się klacz, której dosiadała, była kasztanką (tzn. miała brązową sierść), z białą gwiazdką na czole. Była łagodna i przyjazna, dlatego nie odmówiłem, gdy Zosia zaproponowała, abym spróbował wdrapać się na siodło. Bez specjalnych schodków raczej by mi się to nie udało. Czułem się trochę niepewnie, gdy już siedziałem w siodle, a nogi miałem w strzemionach (to takie specjalne uchwyty na nogi, żeby nie spaść). Ale kiedy pan Wiesiek, trzymając konia na specjalnej linie, która nazywa się lonża, zaczął prowadzić Renę (ze mną na grzbiecie!) wokół podwórka, poczułem adrenalinę. W trakcie lonżowania wujek Zosi udzielał mi wskazówek jak zachować równowagę i utrzymać  odpowiednią postawę ciała. Nie było to łatwe, bo bałem się, że zaraz spadnę. Oczywiście nie dałem tego po sobie poznać, bo Zosia stała obok wujka. Jednak trudno było zachować spokój i wyglądać odważnie, kiedy trzeba było myśleć o tylu rzeczach i opanować strach przed upadkiem. To było najdłuższe i najbardziej ekscytujące dziesięć minut mojego życia! Ale warto było! Mimo iż po zejściu z konia nogi miałem jak z waty, to w tym krótkim czasie miałem poczucie nie tylko fizycznej bliskości z tym szlachetnym zwierzęciem. Zdałem sobie sprawę, że tylko przychylność klaczy i jakiś rodzaj sympatii do mnie sprawiły, że w sposób nagły i niespodziewany nie doświadczyłem bolesnego spotkania z ziemią. Już po tej pierwszej lekcji, gdy stojąc pewnie na twardym gruncie, delikatnie gładziłem chrapy (czyli nozdrza) konia, zrozumiałem, dlaczego te zwierzęta stały się pasją mojej przyjaciółki.

Wiem, że miłość do koni to nie tylko jazda, głaskanie i wiatr we włosach podczas przejażdżki. To też wszelkie czynności związane z opieką nad tymi zwierzętami, czyli karmienie, szczotkowanie zgrzebłem sierści, utrzymanie czystości boksów, czyli takich specjalnych pokojów dla koni. Wymaga to czasu, siły i poświęcenia, ale konie odwdzięczają się przywiązaniem i miłością. Choć nie jestem jeszcze pewien, czy to będzie moją pasją, to już teraz wiem, że do moich letnich atrakcji dołączą spotkania z Reną. A jeśli rodzice się zgodzą, to chętnie zapiszę się na zajęcia nauki jazdy konnej. Postanowiłem, że te wakacje poświęcę na szukanie prawdziwej pasji. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

07.07.2020

Dzień zapowiadał się słonecznie. Obudziłem się, jak na mnie, wcześnie rano, a na stole czekało już śniadanie przygotowane przez babcię Helenkę.

– Jedziemy nad jezioro! – zarządziła babcia. 

– Zjedz teraz to lekkie śniadanie, bo do wody nie można wchodzić na czczo! Trzeba mieć siłę do pływania. Nie należy też wchodzić do wody bezpośrednio po posiłku, bo organizm musi mieć czas na trawienie – dodała.

 Po śniadaniu spakowałem potrzebne rzeczy. Dziadek zabrał ze sobą wędkę…

Zaprosiliśmy też Zosię, która bardzo chętnie wybrała się z nami. 

Po niedługim czasie dotarliśmy nad jezioro.

Rozebrałem się i chciałem od razu wskoczyć do wody, ale dziadek złapał mnie za rękę.

– Nie skaczemy rozgrzani do wody! Zanurzaj się powoli! Ciało musi się przyzwyczaić do zimnej wody – powiedział. 

Dziadek zostawił wędkę i stwierdził, że „będzie miał na nas oko.” Wreszcie weszliśmy do wody. 

Trochę się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem, jak babcia przemierza jezioro pięknym delfinem. 

– Świetnie pływasz, babciu! – zawołałem. – Gdzie się tego nauczyłaś? 

– Wiesz, na studiach należałam do sekcji pływackiej –  odpowiedziała babcia.

– Pływanie to bardzo zdrowa aktywność fizyczna – dodała, wychodząc na brzeg. – Styl klasyczny, czyli żabka jest dobra dla kręgosłupa. Styl dowolny – kraul pomaga się odchudzać, no i jest najszybszy. Styl grzbietowy jest najłatwiejszy, dobry dla początkujących pływaków, a styl motylkowy, czyli mówiąc popularnie delfin, jest najtrudniejszy. 

Byłem dumny ze swojej babci. Pomyślałem nawet, że może pływanie mogłoby stać się moją pasją.  Ścigaliśmy się przez chwilę z Zosią, gdy nagły grzmot przerwał naszą kąpiel.

– Z wody! Wychodźcie zaraz! – zakomenderował dziadek. – Nie należy podczas burzy przebywać w wodzie, bo piorun mógłby nas porazić.

Na szczęście dotarliśmy do domu, zanim burza zaczęła się na dobre.

08.07.2020

Wieczór spędziliśmy na tarasie, grillując. Dziadek, paląc fajkę, snuł dawne opowieści, związane z historią okolicznych terenów.
Po pełnym emocji dniu szybko zapadłem w głęboki sen. Śniły mi się przygody rycerzy walczących w ruinach zamku, o którym opowiadał dziadek.

Rano obudziłem się pełen zapału do dalszych poszukiwań pasji związanych z wodą. Poszedłem odwiedzić Zośkę. Postanowiliśmy przeszukać stodołę i odkryć ukryte tam skarby. Nagle w rogu, zauważyłem coś ciekawego.

Zośka! Zobacz co tam stoi! To chyba kajak? – zapytałem.

Tak, to stary kajak wujka Cześka! Spróbujmy go zabrać nad jezioro i popływać –
powiedziała Zośka. Wspólnymi siłami zanieśliśmy kajak na brzeg i sprawdziliśmy jego szczelność. Następnie spuściliśmy go na wodę i szybko do niego wskoczyliśmy. Dziadek przyniósł nam wiosła i pozwolił, abyśmy popłynęli niedaleko, tylko do szuwarów, ponieważ dalej była głęboka woda.
Zośka wiosłowała w jedną stronę, a ja w drugą, a kajak kręcił się w kółko.

Dziadku, dlaczego nie płyniemy przed siebie?! – zawołałem.

– Bo musicie oboje wiosłować w jednym kierunku – krzyknął dziadek.
Zaczęliśmy wiosłować równocześnie i szybko dopłynęliśmy do szuwarów. Droga powrotna zajęła nam jedynie kilka minut.
Bardzo spodobał mi się ten sport, wymagający kondycji i synchronizacji ruchów. Być może poszukam szkółki kajakarstwa, aby lepiej je poznać i spróbować w nim swoich sił.

09.07.2020

Spodobały mi się te kajaki, ale kiedy po powrocie trzeba było kajak odnieść do stodoły, to już nie bardzo miałem na to siły i ochotę. Ale co zrobić. Przyniosłem również wiosła, które dał nam dziadek. Poprosił, żebym je odniósł do garażu, bo on teraz jest zajęty. Dawno już nie byłem w garażu dziadka, a jak wiadomo, takie miejsca ukrywają często różne skarby i miliony zapomnianych rzeczy, które na pewno się kiedyś przydadzą, jak to zawsze powtarza babcia Helenka. Dlatego dziadek parkuje swój samochód przed domem, bo przez te wszystkie potrzebne rzeczy w garażu nie ma już miejsca. Rzeczywiście, nie mogłem tam zmieścić
wioseł (skąd je dziadek wyciągnął, to nie wiem i jak je schowa, to tym bardziej nie wiem, bo tam nie ma już gdzie nogi postawić). Jednak udało mi się jakoś między tymi wszystkimi klamotami zajrzeć pod materiałową płachtę, pod którą coś było ukryte. Nigdy za bardzo nie interesowałem się tym, co znajduje się w garażu dziadków, ale teraz mnie to zaciekawiło. Pod płachtą dostrzegłem koło samochodu. Pociągnąłem ją wyżej i zobaczyłem skrawek żółtej maski. Ale co to za auto? Zaciekawiony poszedłem zapytać dziadka, co za pojazd tam ukrywa. Właśnie w kuchni obierał ziemniaki, bo zamarzyły mu się frytki.Dopiero teraz zobaczyłeś to auto? – zdziwił się dziadek. – No tak, nigdy za bardzo Cię to nie
interesowało, ale to nie jest jakieś tam auto, to mój ukochany maluch.

Maluch? Jaki maluch? – spytałem, zastanawiając się, czy dziadek uważa samochód za dziecko.

Maluch, czyli nasz cudowny fiacik, stoi w tym garażu już ze dwadzieścia lat, a żebyś ty wiedział, jakie przygodny z nim przeżyliśmy… – zamyślił się dziadek, uśmiechając się tajemniczo.

Przygody? To znaczy psuł się stale, tak? – spytałem.

A tam, psuł – oburzenie dziadka zdziwiło mnie. – Toż to cudowne autko, wspaniałe, piękne, wymarzone… Ile my nim zjeździliśmy, pół Polski nim przejechaliśmy i na wakacje nim pojechaliśmy do Jugosławii i na Węgry i do Bułgarii… Wspaniałe autko, mówię ci, wspaniałe… – opowiadał wzruszony dziadek.

Na wakacje, za granicę? Takim małym autem? – przypomniałem sobie, że widziałem tego malucha na którymś ze zdjęć i wielkie to ono nie było – Jak się babcia spakowała do niego z tymi wszystkim potrzebnymi rzeczami? – nie mogłem się nadziwić. – Maluchem za granicę? I gdzie leży Jugosławia?

Oj dziecko, ty nie wiesz, że maluch, to nie jest jakieś tam auto – dziadek pokiwał głową.

Maluch to… Maluch to maluch.

Pójdziemy na niego popatrzeć? – spytałem.

Oczywiście! – wykrzyknął dziadek, porzucając obierane ziemniaki, jakby całkiem zapomniał o frytkach, na które miał ochotę.
Poszliśmy do garażu, gdzie ponad pół godziny torowaliśmy sobie przejście do tego cudownego maluszka dziadka. W końcu udało się odgruzować garaż na tyle, że dziadek ściągnął płachtę i naszym oczom ukazał się on. Żółty (choć dziadek od razu wykrzyknął, że to nie żaden żółty, tylko najprawdziwszy yellow bahama), trochę przykurzony i zarysowany.

A to co? – spytałem pokazując metrową rysę z lewej strony.

Och – dziadek złapał się za głowę – to… No cóż, dla babci zawsze wjazd do tego garażu był
za wąski – uśmiechnął się.

A może… – tu przypomniała mi się znów ta pasja, hobby, czy jak to zwał – A może byśmy go odnowili? – spytałem.
W dziadka jakby wstąpiła nowa energia. Po chwili przybiegł z wypiekami na twarzy i kluczykami w ręce.
-Chcesz mi pomóc? – zapytał z uśmiechem.

Myślę, że mógłbym ci pomóc co nieco, skoro to takie cudowne auto, może by ujechało kawałek… – nie dokończyłem.

Ujechało? Kawałek? – dziadek znów złapał się za głowę. – Toż to prawdziwa strzała, co ty myślisz? Sam zobaczysz – obiecał.
I tak zaczęła się nasza przygoda z maluchem. Tata, gdy go zobaczył, nieopatrznie powiedział, że myślał, że dziadek już dawno tego starego grata się pozbył, czym doprowadził dziadka niemalże do furii. Natomiast babcia Helenka przypomniała sobie zagraniczne wyjazdy i podkreślała, jaki ten maluch wspaniały, że wszystko się pomieściło, co tylko chciała zabrać. Czego sobie kompletnie nie wyobrażam. No, ale pewnie tak było, skoro oboje tak mówią. Okazało się, że poza tym, że maluch był trochę zakurzony, był zadbany, ale nie mogło być
inaczej, skoro to taka miłość dziadka. Zaraz po babci Helence oczywiście. Zaczęliśmy prace naprawcze, kupiliśmy nowe lusterko, wycieraczki, dywaniki, wymieniliśmy parę części, te całe oleje czy płyny i pomyśleliśmy, że skoro i tak trzeba zamalować tę metrową nieudaną próbę wjazdu do garażu babci Helenki, to może go przemalujemy. Dziadek pozwolił mi wybrać kolor. Myślę, że będzie to czarny. A co, jak strzała to strzała. Czarna strzała. Hmm…
naprawa i renowacja starych aut, to mogłaby być moja pasja. Zobaczymy.

14.07.2020

Następnego dnia babcia Helena zachęcona rozmową o podróży maluchem po Bułgarii, Węgrzech i Jugosławii, postanowiła pokazać mi swój album ze starymi zdjęciami eskapad zagranicznych. Nie mogłem znaleźć na mapie Jugosławii, ale okazało się, że to państwo rozpadło się na kilka innych, między innymi Chorwację i Słowenię. Można teraz zwiedzić więcej krajów w czasie jednej wyprawy. Trochę mnie zdziwiło, że babcia nie wybrała się do Włoch na pizzę lub do Francji na chrupkiego croissanta. Babcia jednak wytłumaczyła mi, że kiedyś było trudno wyjechać za granicę. Przeglądając zdjęcia przekonałem się, że Węgry i Bułgaria wyglądały całkiem ciekawie. Babcia Helena opowiadała o przygodach, jakie przeżyli w podróży. Sama droga pełna była niespodzianek. A to gdy złapali gumę na środku pola, czy gdy zgubili się i chcieli zapytać o drogę jakiegoś Węgra i nie mogli się porozumieć. Zapytałem dziadka, dlaczego nie rozmawiali w języku angielskim. W końcu angielski jest powszechnie znany. Dziadek jednak odpowiedział, że wtedy w szkole nie uczyli się angielskiego, tylko rosyjskiego. Wtedy pomyślałem, że może w przyszłości będę tłumaczem i nauczę się np. węgierskiego. Dowiedziałem się jednak od dziadka, że to bardzo trudny język, jeden z czterech języków ugrofińskich i nauka jego wymagałaby wiele wysiłku. Ale jeżeli to stanie się moją pasją, to wysiłek nie będzie wielką przeszkodą dla mojego zamiłowania. Zrozumiałe, że jakikolwiek będzie mój wybór, to muszę włożyć w to więcej serca. Każda pasja wymaga czasu i chęci. Babcia opowiedziała mi też ciekawą historię o węgierskich zamkach, które zwiedzali. Najbardziej podobała mi się opowieść o krwawej Elżbiecie Batory. Nie wiem, czy była wampirem, ale to mnie zainteresowało. Może zostanę przewodnikiem turystycznym i będę oprowadzał wycieczki po ciekawych miejscach.

Dziadek przysłuchiwał się naszej rozmowie i zaproponował, żebyśmy odwiedzili jego kolegę, który z zawodu i zamiłowania jest kowalem. I nawet „z dziada, pradziada”, co znaczy że wiele pokoleń z jego rodziny zajmowało się kowalstwem. Zaskoczyła mnie ta propozycja. Co ciekawego może być w waleniu młotkiem o jakiś metal? Jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałem bramę w postaci wielkiego smoka z potężnym ogonem. Dziadek powiedział, że kolega lubi Trylogię Tolkiena. Wykuł więc bramę w kształcie smoka. Była wspaniała! Pracował nad nią wiele miesięcy. Gdy weszliśmy do jego kuźni, aż mnie zatkało. Na ścianie zobaczyłem topory, miecze, tarcze i wiele rodzajów innej broni. Okazało się, że są na zamówienie do inscenizacji jakiejś średniowiecznej bitwy. Niesamowite! Pozwolono mi przymierzyć kolczugę, ale była ciężka. Gdybym jeszcze musiał włożyć zbroję, chyba padłbym na ziemię pod jej ciężarem. Potężnego miecza w ogóle nie dałem rady podnieść. Jak rycerze mogli w tym walczyć? Przypomniałem sobie, jak Karolina opowiadała o japońskich sztukach walki. Japończycy mieli dużo lżejszą broń: lekkie miecze, shurikeny, łuki, kamy i wiele innych. Postanowiłem dowiedzieć się o tym więcej. Po powrocie do domu pożyczyłem książki na ten temat z biblioteki i obejrzałem Trylogię Tolkiena. Może to będzie moją pasją? Czas pokaże. Tymczasem udało mi się namówić rodziców i dziadka, byśmy pojechali na tę bitewną inscenizację. Chcę ją zobaczyć. A przykład kolegi dziadka pokazuje, że pasja może stać się pracą zawodową i chyba takie połączenie może dać dużo satysfakcji.

23.07.2020

I tak oto znalazłem się w samym środku zaczarowanego świata krasnoludów, gnomów, elfów i innych dziwnych stworów. Z wypiekami na twarzy oglądałem walki, które staczali między sobą, podziwiałem broń, którą walczyli, poznawałem ich intrygi i przygody. Wszystko wokół mnie migotało, pulsowało kolorami i dźwiękami, jakich wcześniej nigdy nie słyszałem i nie widziałem. Co mam oglądać, na co mam patrzeć? Tyle się działo. Wszystko mnie interesowało, fascynowało. Byłem trollem, byłem krasnoludem, kim ja nie byłem.? Byłem jednym z nich. Walczyłem, atakowałem, uciekałem. Władałem wielkim świetlistym mieczem, posiadałem  nadludzkie moce i siłę. Mogę być zdobywcą, mogę być zwycięzcą. Mogę wszystko.

Ale gdzie ja właściwie jestem? Leżę w moim  łóżku, koło mnie moja ulubiona przytulanka. Widzę uśmiechniętą  mamę, która woła mnie na śniadanie i czuję najprawdziwszy zapach rogalika. Chciałem jeszcze poleniuchować i nie rozstawać się zbyt szybko z zaczarowanym światem. Zamknąłem ponownie oczy. Byłem w ciemnym korytarzu, może piwnicy lub innych ciemnych i strasznych czeluściach i zobaczyłem zbliżającą się do mnie wolno z oddali dziwną postać w świetlistej poświacie. Była to Pani Jeziora, a za nią podążał …

25.07.2020

…Co to właściwie było? Miał dziwną podłużną głowę, zielonkawą skórę i wielkie oczy, całkiem czarne. Palcem pokazał na mnie i powiedział coś w dziwnym języku, ale ja chyba zrozumiałem, że zaprasza mnie do siebie.

Obudziłem się i myślałem chwilę o moim śnie. Tak, fantastyczne światy są pasjonujące, tak mnie wciągnęły, że zawładnęły moim snem. Jednak kosmos jest jeszcze lepszy, bo prawdziwy! Przypomniałem sobie o wuju Bartku, który ma fioła na punkcie kosmosu. Ciągle obserwuje niebo nocą przez swój wypasiony teleskop. Taki wielki, prawie jak w obserwatorium! Zawsze opowiada o tym, co widział, a to kometę, a to planetoidę… UFO chyba jeszcze nie widział, ale może go zapytam?

Zadzwoniłem do niego. 

– Nie, nie widziałem UFO – przyznał. – Chociaż pół roku temu było tam coś, czego nie mogę wyjaśnić. Ale od razu latający spodek? Nie wiem. Jeśli chcesz, możesz do mnie wpaść, pokażę ci moje ulubione gwiazdy. 

Wieczór na platformie widokowej z wujkiem był ciekawy, choć pod koniec zacząłem już ziewać. Gwiazdy wcale się nie ruszają, ale wujek tak zajmująco o nich opowiadał, że wciągnęło mnie to. Okazuje się, że te świecące punkciki to są inne słońca! Wokół nich krążą różne planety, a na nich może mieszkają kosmici? Może podobni do nas, a może właśnie takie zielone ludziki, jakie mi się przyśniły.

Chcę polecieć w kosmos. Być pionierem, poznawać inne planety, przeżywać przygody… Żeby dowiedzieć się jak najwięcej o  planetach, lotach kosmicznych, kosmonautach, poszedłem do biblioteki i wypożyczyłem całą torbę książek. Chciałem już wracać do domu, żeby jak najszybciej poznać wszystkie tajemnice kosmosu, kiedy nagle zobaczyłem zgromadzenie na placu.

27.07.2020

Podszedłem bliżej i okazało się, że na rynku odbywał się pokaz cosplayowy (cosplay to artystyczne hobby, które polega na tworzeniu przebrania i wcielaniu się w postać fikcyjną). Zebrało się mnóstwo ludzi przebranych za swoje ulubione postacie z książek, filmów, gier i komiksów. Wśród nich była grupa ubrana w kostiumy wzorowane na postaciach z książek i filmów  „Władca Pierścieni” Tolkiena. Podszedłem bliżej. Było tu mnóstwo fanów tolkienowskiej trylogii. Zadawali przebranym osobom pytania dotyczące ich pasji. Tuż obok stała kolejna interesująca grupa. Przygotowywała się do pokazu ognia, który miał zakończyć spotkanie na rynku. Stałem urzeczony, nie mogłem oderwać wzroku od tancerzy. Moja torba z książkami zaczęła mi ciążyć. Położyłem ją na ziemi. 

Nagle podszedł do mnie wysoki, szczupły mężczyzna ubrany w płaszcz w kratę. Trzymał w ręku lupę. Zapytał, czy chcę wziąć udział w grze miejskiej zorganizowanej jako atrakcja towarzysząca pokazowi cosplayowemu. Zapytałem, na czym miałaby ona polegać. Mężczyzna przedstawiający się jako Sherlock Holmes (ciekawe, nigdy nie słyszałem takiego imienia i nazwiska) powiedział, że trzeba rozwiązać kilka zagadek związanych z naszym miastem. Można przy okazji odkryć w sobie żyłkę detektywistyczną i ciekawie spędzić czas. Zaintrygowało mnie to tym bardziej, że ów mężczyzna nie wyglądał, jakby pochodził z naszego miasta, miał dziwny akcent i przypominał kogoś z innej epoki. Wydało mi się to podejrzane. Chciałem wybadać tę sprawę i dowiedzieć się, skąd tak naprawdę pochodzi. Odpowiedziałem więc, że bardzo chętnie wezmę udział, tylko odniosę książki do domu. Sherlock Holmes, spojrzawszy na moją torbę pełną książek, pochwalił moją czytelniczą pasję i powiedział, że to dobrze, że jestem ciekawy świata. 

– W pracy detektywa wiedza z różnych dziedzin bardzo się przydaje – dodał. 

Podszedł do nas jeszcze jeden mężczyzna, wyglądający równie osobliwie. 

– Drogi chłopcze, pozwolisz, że mój towarzysz i pomocnik – doktor Watson – pomoże ci w rozwiązaniu zagadek. Będziemy tutaj na ciebie czekać. Grę miejską zaczynamy za godzinę. Weź ze sobą tylko mapę miasta i wygodne buty. Do zobaczenia! – powiedział Sherlock Holmes, żegnając się ze mną. 

Popędziłem czym prędzej w stronę przystanku autobusowego. Chciałem zdążyć na grę miejską. Podobno ten, kto będzie pierwszy na mecie wyścigu i rozwiąże wszystkie zagadki, wygra wycieczkę do Londynu. Bardzo chciałbym poznać Londyn i poćwiczyć swój angielski. W ogóle, podróże to bardzo fajna pasja i świetny pomysł na spędzanie wolnego czasu. Odwróciłem się jeszcze, żeby spojrzeć na rynek. Zobaczyłem, że Sherlock Holmes pali cygaro, a jego towarzysz i przyjaciel, dr Watson, wyciąga z kieszeni fajkę. Obaj wyglądali, jakby nie pasowali do zebranego na rynku towarzystwa.  Stali z boku, przy tablicy informującej o grze miejskiej. Był to osobliwy widok. 

W domu zrzuciłem swoją torbę pełną książek i zostawiłem ją w pokoju. Zajmę się nimi później. 

30.07.2020

Gdy wróciłem na rynek, okazało się, że mam jeszcze trochę czasu i mogę się zastanowić nad czymś, co w tej chwili nie pozwalało mi skupić się na miejskich atrakcjach.

Będąc jeszcze w domu i zostawiając w nieładzie torbę pełną książek z biblioteki zauważyłem osobliwą rzecz, która wypadła z jednej z nich. Była to zakładka. Jednak nie należała do przeciętnych. To nie był zwykły kawałek tekturki. Przedstawiał bowiem zdjęcia motocykli. Nie nowoczesnych ścigaczy, tylko starych, wyprodukowanych po drugiej wojnie światowej naszych polskich skarbów! Zaniemówiłem. SOKÓL 1000, WSK, JUNAK… i motorynka! Muszę koniecznie porozmawiać z tatą. O dużych motocyklach nie może być mowy, na motorynkę jednak wystarczy mieć kartę motorowerową i mógłbym już jeździć! To niewiarygodne, że tak niepozorny przedmiot, jakim jest stara zakładka do książki może stać się inspiracją do podjęcia dalszych wakacyjnych, a może nawet życiowych decyzji! 

Ojciec jednak nie był takim entuzjastą jak ja. Zwrócił mi uwagę na szereg niebezpieczeństw związanych z użytkowaniem tego typu pojazdów. Nieważne jaki to motocykl, jazda na nim zawsze wiąże się z zachowaniem bardzo dużej rozwagi i odpowiedzialności. Pomimo to  podoba mi się pomysł spędzenia wakacyjnego czasu na nauce przepisów drogowych. Poniekąd jest to inwestycja w przyszłość!

05.08.2020

Brakowało mi szkoły. Wiem, że może niektórych z was to rozśmieszy, ale… cóż, ja naprawdę stęskniłem się za swoją budą, za ziomalami. 

Koronawirus. Co to za słowo? Wirus w koronie to faktycznie prawdziwy król, zrobił porządek, skazał na dystans, opatulił nasze twarze maseczkami w różnych kolorach i wzorach. Ale ta izolacja od rzeczywistości miała też swoje dobre strony. Przestałem wgapiać się w ekran tableta, komputer poszedł w odstawkę, bo ileż można ślęczeć przed ekranem. Myślę, że odkryłem nową pasję. Wszystkie hobby i zajawki, z którymi się zetknąłem, to ciekawy sposób spędzania wolnego czasu, zazdroszczę niektórym osobom umiejętności gry na instrumentach, czy gotowania lub miksowania muzyki, podziwiam mistrzów układania kostki Rubika i znawców historii. Nie można jednak robić wszystkiego na raz.

Mnie zauroczyła polszczyzna. Tak, właśnie ona. Dlaczego? W dobie pandemii stałem się pożeraczem książek. To „pożeranie” sprawiło, że zacząłem zwracać uwagę na pojedyncze słowa, trudność w ich pisaniu, a wreszcie ortografię. Pomyślicie, nuda! Jeżeli przeczytacie mój tekst do końca, przekonacie się, że o nudzie nie ma tutaj mowy. Zacząłem bawić się językiem, tworzyć trudne teksty i zapisywać je w swym kajecie.

Napisałem między innymi o chudym wyżle dziadka, który cierpi na chroniczną chorobę, czyli niechęć do kotów. Na widok tego stworzonka charczy jak najęty. Prawdziwy horror. A kot? On lekceważy jego szturm, ziewa przeciągle, jakby chciał powiedzieć „nudny jesteś”. Śmieszna jest ta dziadkowa hałastra, naprawdę dożarte zwierzakowe towarzystwo.

Później opisałem historię cierpiącej na nużycę koleżanki. Godzinami siedzi na rozchybotanym krześle, trzyma w ręku komórkę i pisze na okrągło. O czym?  Że wszystko jest bez sensu, że ma pryszcze i trądzik, że jest jej za dużo ( choć chuchro z niej niebywałe). Zażera jarmuż, zieloną sałatę, by odchudzić  spyrkę. Boję się, że wyrosną jej długie uszy i zmieni się w królika. A kiedy znudzi się jej nicnierobienie, to przegląda się w lustrze, robi głupie miny i maże swe usta ultraczerwoną szminką. 

Mam nadzieję, że od września pójdziemy do szkoły, zajęcia online to nie to samo co życie w klasie. Każdy z nas znalazł sposób na zagospodarowanie wolnego czasu, odkrył w sobie jakiś potencjał, pasję. Wierzę, że pani Gałązka będzie szczęśliwa, że jesteśmy kreatywni. Powiem wam w tajemnicy, że liczę na to, że ze mnie będzie dumna, kiedy dowie się jakiego bakcyla połknąłem, co mnie pochłania bez reszty. Bo język polski naprawdę mnie „pochłonął”. Mnie, leniwca, któremu nawet lektur czytać się nie chciało. A teraz? Czytam, piszę, nie… jeszcze nie recytuję. Obserwuję świat, tworzę historyjki. Opisałem sąsiadów z naprzeciwka, którzy podczas kwarantanny:

Wywijają obertasa: hop-siup, tup, tup i hopsasa! 

Podśpiewują tralalala, prężą ciało w wygibasach.

Krążą w skos, wzdłuż, wte i wewte, aż się w głowach mocno kręci, 

Wszystkie tańce chcą przećwiczyć, bo ten kusi i ten nęci.

Przymierzają się do walca, robią kroki na półpalcach.

Czesław Niemen miał rację, gdy śpiewał, że „dziwny jest ten świat”. Bo jest dziwny. Dobre jest to, że każdy z nas odkrywa siebie na nowo, dostrzega co dzieje się obok, poznaje sąsiadów. Ja wpisuję do zeszytu słowa, które już zanikły: horda, handryczenie, chojrak. Dopisuję też neologizmy, słowa wyczesane, bo ważną rzeczą jest, by wszystko wokół było  master-blaster, full wypas. Koleżanka z klatki mówi, że ma nowego bojfrenda, muszę więc sczaić tę gadkę, przyswoić hybrydy.

Nie wiem czy wiecie, ale ogólnie świat jest wporzo. Nie warto robić kwasu, a trzeba go rozkminić i złapać podjarkę. 

Przy okazji przekonałem się, że o wielu rzeczach można dowiedzieć się korzystając ze zbiorów bibliotecznych. Biblioteka to naprawdę fajne miejsce. Spotkajmy się w niej! A samo szukanie pasji jest bardzo pasjonujące i może nas dużo nauczyć. Może o to też chodzi?